Windows 7 Forum: konfiguracja, optymalizacja, porady, gadżety •
Historia opisana przez jednego z użytkowników na pewnym forum (16+) - Wersja do druku

+- Windows 7 Forum: konfiguracja, optymalizacja, porady, gadżety • (https://windows7forum.pl)
+-- Dział: Inne (/inne-11-f)
+--- Dział: Humor (/humor-25-f)
+--- Wątek: Historia opisana przez jednego z użytkowników na pewnym forum (16+) (/historia-opisana-przez-jednego-z-uzytkownikow-na-pewnym-forum-16-11636-t)



Historia opisana przez jednego z użytkowników na pewnym forum (16+) - LadyInBlue - 25.11.2010 16:30

Historia opisana przez jednego z użytkowników na pewnym
forum

(Uwaga! Pisownia oryginalna bez cenzury.)


Posiadam. Wróć. Moja żona posiada kota, rasy kotka, rasy czarnej, rasy
ze schroniska, rasy małe kocię. Guzik by mnie to obchodziło gdyby nie fakt,
że jest małe, że chodzi to to bez przerwy za mną i trzeszczy - a to na
ręce, a to żreć, a to trzeszczy dla samego trzeszczenia, zupełnie jak jej pani.
Generalnie pogłaskać mogę, kopnąć jakąś rzecz, która leży na ziemi żeby
kot za nią biegał też, niech chowa się zdrowo do czasu, aż raz zapomnę
zamknąć terrarium i zajmie się nim mój wąż, reszta to nie mój problem. Ale do
czasu. Staje się to moim problemem gdy moja współmałżonka udaje się w
celach służbowych gdzieś tam na ileś tam. I spada na mnie karmienie,
wyprowadzanie i sprzątanie po tym całym tałatajstwie. Jako że to zawsze
lekko olewam i robię wszystko w ostatni dzień przed powrotem małżonki
nie nastręcza mi to wiele problemów.
Kot jest od niedawna i od niedawna jest nowy zwyczaj - niezamykania
łazienki, gdyż w niej znajduje się urządzenie zwane potocznie kuwetą, do
którego kot robi to samo co ja w toalecie, czyli wchodzi i może
spokojnie pomyśleć. Mnie jednak uczono całe życie zamykać te cholerne drzwi do
łazienki za sobą, więc stale żona mi trzeszczała, że kot tam nie może
wejść i "myśleć". Ja jestem stary i się nie nauczę, poza tym mieszkam tu
dłużej niż ten kot, sam dom stawiałem, moje drzwi, mój kibel, wypierdalać więc.
I postawiłem na swoim. Od jakiegoś czasu kot chodzi do toalety razem ze
mną. Jak nie ma małżonki to musi zazwyczaj czyhać na mnie albo miauczeć coby
przypomnieć, że trzeba mu łazienkę otworzyć, bo jak jest żona to ona ma
już w biosie zaprogramowane - ja wychodzę i zamykam, ona idzie i otwiera,
żeby kot mógł wejść - taka technologia po prostu. Czasem kot skacze na
klamkę, ale ma jeszcze zbyt małą wyporność i zwisa na niej bezradnie. Jednak jak
moja żona będzie nadal go tak karmić- to w szybkim tempie będzie za
każdym razem klamkę upierdalał - a wtedy wiadomo - wąż.
Dobrze więc, uporządkuję: żona - delegacja, ja - praca. Wracam, wchodzę
do domu, kot przy drzwiach do łazienki skwierczy, bo jak wychodziłem to
zamknąłem za sobą. Ok, kotku mnie się też chce. Idziemy razem - ja
toaletka, okienko uchylam, papierosik (bo żona będzie za trzy dni - więc
spokojnie wywietrzę) kotek swoje, ja przez okienko spoglądam, jest
cudnie. Kotek wskakuje na kaloryfer, na parapecik i patrzymy razem przez okno.
No cudnie. Kot skończył dawno, ja teraz, pet do muszli, spuszczam wodę, a
ten mały skurwiel jak nie śmignie i sru za tym petem z tego parapetu i do
kibla. Zakręciło nim dwa razy i kota nie ma. Nawet nie zdążył miauknąć.
No ja pierdolę. Nie ni chuja to niemożliwe jest. Przecież nawet taki mały
kot jest kur*a za duży, żeby przejść tym syfonem. Ale słyszę tylko pizdut -
oż kur*a, no to nie mogło mi się zdawać - coś ciężkiego poszło w pion.
kur*a, wszyscy święci w trójcy jedyny Boże, ukazali mi się przed oczami. Kot
kur*a popłynął wprost w otmęty prawego dopływu królowej polskich rzek.
Lecę kur*a na dół do piwnicy, choć może powinienem od razu do
schroniska, zanim wróci moja żona - nie ma wafla, znajdę jakiegoś małego czarnego
skurwiela z białą krawatką, nie było jej kilka dni, może się nie
połapie. Ale ch*j, najpierw do piwnicy - zbiegam po schodach, słucham - coś
drapie w rurze, pion, kawałek płaskiej rury - miauczy - jest, kur*a, żyje i nie
poleciał do sieci miejskiej. Nawet jak teraz zdechnie to ch*j,
przynajmniej będę miał jego truchło i powiem, że kojfnął z przyczyn
naturalnych albo tylko lekko nienaturalnych, bo przecież mi baba nie
uwierzy za chuja trefla, że kot sam wpadł do kibla. Ale na razie drapie
i żyje. Znalazłem taki wziernik, gdzie można zaglądnąć do tej rury i wołam.
Kici, kici! Ni chuja, nie przyjdzie, wołam, wołam, a ten kur*a głąb zamiast
przyjść do mnie to kur*a chce iść tam skąd przyszedł, czyli do góry w
pion. Ja go wołam, a on do góry drapie. I udrapie, udrapie kilkanaście
centymetrów i zjazd w dół. No pojebało i mnie, że tu stoję i jego (kota)
Tak przez pół godziny. Prosiłem, wołałem, błagałem, groziłem, wabiłem
żarciem i ni chuja, uparł się i nic tylko rurą do góry z powrotem do
kibla. Za daleko, żeby włożyć rękę, grabie czy cokolwiek. Jedyna metoda
- fight fire with fire - ogień zwalczaj ogniem. Zatkałem tę rurę przy wzierniku deszczułkami, których używam na podpałkę do kominka, żeby kot nie popłynął już nigdzie dalej i z buta na górę do kibla - geberit i woda w dół - bombs gone. I bieg do piwnicy. Po drodze słyszę jak się przewala po rurach - podziałało. Wbiegam do piwnicy i kur*a koniec świata. Nie ma moich deszczułek - no może z jedna, cała prowizoryczna
tama poszła w ch*j i kota też nie słychać już. Ja pierdolę. kur*a, gdzie ta
rura teraz idzie - coś mi świtnęło, że kanalizacja w ulicy, dom od ulicy ze
30 metrów - może nie wszystko stracone i gdzieś się zwierzak zatrzymał po
drodze. Biegnę na ulicę, jest studzienka - mam nadzieję, że to od mojego domu.
Ni cholery jej nie podniosę. Ciężka jak szlag i nie ma za co chwycić.
Powrót do domu i pogrzebacz od kominka, tym może uda się to podważyć. Ni
cholery - najpierw ugiąłem, potem złamałem żelastwo. Myśl! Auto stoi na ulicy -
mam pas do holowania, może uda się to szarpnąć. Hak, pas, wsteczny - poszło,
aż zakurzyło. Po jaką cholerę takie te wieka robią ciężkie. Smród jak
cholera, ale złażę tam - ciemno jak w dupie, rura jest, wygląda, że idzie od
mojego domu. Latarka. kur*a, mam w aucie, chujowa, ale może starczy. Włażę po
raz drugi- smród mnie już nie zabije - przywykłem po chwili. Zaglądam i
jest, oczyska mu się tylko świecą. I znów ta sama bajka. Kici, kici, kici, a
ten mały skurczybyk spierdziela w drugą stronę. No ja pierdolę. Szlag mnie
trafi. Długo tu nie wysiedzę, jest zimno, śmierdzi, a na dodatek ktoś mi
zwali tę pokrywę na łeb i moje problemy się skończą jak nic. Nie chcesz
po dobroci, to będzie po złości. Do domu, po brezent. Wyłożyłem dno studzienki, tak by mi nie wpadł głębiej. Zużyłem wszystkie taśmy samoprzylepne, plastry, żeby nie wpadł do głównej nitki kanalizacyjnej. Zaglądam co chwilę do rury, ale słyszę tylko
miauczenie i nic nie widzę. Poszedł gdzieś w pizdu. Jeszcze tylko
trójkąt, żeby nikt się w tę otwartą studzienkę nie wpierdolił, bo na ulicy
ciemno. Sąsiad, kur*a, ciekawski, widziałem żłoba jak patrzył przez okno, jak
próbowałem pogrzebaczem podnieść wieko. Nie przyszedł pomóc, a teraz
ch*j złamany stoi i się dopytuje. Co mam mu kur*a powiedzieć? Że przepycham
kotem kanalizację? Idźżesz w ch*j, pacanie. Powiedziałem mu w końcu, żeby poszedł do domu i pozatykał sobie też wszystkie otwory, bo na początku osiedla była awaria i wszystkie ścieki się wracają i wybijają w domach - a ten baran się przestraszył, poleciał i
przed swoim domem siłuje się z pokrywą. Niech ma za swoje.Wracając do kota - bo menda tam siedzi i nie chce wyjść. Mam wszystko gotowe, więc do domu, jedna wanna, druga wanna, koreczek i napuszczam wodę. Papierosik i czekam pod studzienką, bo nuż mu się zmieni i wyjdzie dobrowolnie. kur*a, drugi sąsiad przyszedł - po pięciu minutach następny odmyka wieko, teoria samospełniającej się przepowiedni działa - kur*a,
ludzie to są barany. Idę do domu, obie wanny pełne, ognia - spuszczam
wodę z wanien i dokładam dwa spusty z dwóch spłuczek z domu. Nie ma chuja, to
go musi wygonić albo utopić.
Lecę na ulicę, woda wali na brezent aż huczy, a tego skurwiela dalej nie
wylało z kąpielą. kur*a mać, urwało się wszystko w pizdu i popłynęło, bo
ileż to utrzyma tej wody. Brezent, taśmy, plastry, sznurki - w ch*j -
jak się to gdzieś przytka, to będę miał przejebane. Znowu do domu po drugi
pogrzebacz, bo trzeba zamknąć ten <cenzura> dekiel. Wchodzę - a ten
skurwiel kot tarza się w sypialni po łóżku. No ja pierdolę! Jak on kur*a
wyszedł, którędy? Ano kur*a wziernikiem w piwnicy - zostawiłem otwarty.
Ja kur*a stoję i marznę a ten gnój tarza się w mojej pościeli. Zajebię.
Przerobię na pasztet. I jeszcze z radości włazi na mnie. kur*a mać.
Przynajmniej kuleje.

Straty: zajebane łazienki, w obu przelała się woda z wanien, zajebana
piwnica, bo zostawiłem otwarty wziernik i duża część wody poleciała na
piwnicę. Pościel w sypialni do wyjebania, brezent z reklamą firmy -
poszedł
w ch*j, latarka - w ch*j, pogrzebacz w ch*j. Afera na ulicy jak ch*j.


RE: Historia opisana przez jednego z użytkowników na pewnym forum (16+) - Deron - 25.11.2010 17:32

Dobre kurde - świetne kurde Uśmiechnięty
A do tego motto:
"Ratując jednego kota, nie zmienimy świata... ale świat zmieni się dla tego jednego kota".

Proszę o jeszcze.


RE: Historia opisana przez jednego z użytkowników na pewnym forum (16+) - Rocky - 25.06.2011 16:20

Mega zajebiste! Zacieszacz


RE: Historia opisana przez jednego z użytkowników na pewnym forum (16+) - Raizo - 27.06.2011 11:33

Dobre xD